John Frusciante

Jak to się zaczęło?
Historia Johna Frusciante od początku to jak cud, całe jego życie, to doskonały scenariusz na film. To jeden z najwspanialszych współczesnych gitarzystów, człowiek całą duszą oddany muzyce i pracy nad tworzeniem coraz to nowych projektów.
Na gitarze gra od jedenastego roku życia, na początku był to stary akustyk jego dziadka
Po raz pierwszy zespół Red Hot Chili Peppers usłyszał mając 14 lat, kiedy w 1984 roku zobaczył ich teledysk w MTV. Ich wielkim fanem został rok później, zaczął jeździć wszędzie, gdzie zespół grał koncert. Sam zespół Red Hot Chili Peppers zobaczył po raz pierwszy na koncercie w Variety Arts Center w Los Angeles. Chociaż wtedy jeszcze ich nie znał czuł, że to jest jego muzyka i od tej chwili został ich maniakalnym wręcz fanem. Wtedy mając 17 lat rzucił collage i przeprowadził się do Miasta Aniołów. Podjął tam pozorną naukę w Guitar Institute Of Technology (G.I.T.).
Red Hot Chili Peppers w pierwotnym składzie mieli wspaniałego gitarzystę, Hillela Slovaka. Hillel był artystyczną duszą zespołu, jednak zdarzyła się tragedia, przedawkował i pozostawił zespół pod wielkim znakiem zapytania. Kiedy tak przesłuchiwali różnych kandydatów na miejsce Hillela pojawił się ich wielki wówczas fan, John Frusciante. John już wcześniej kilkakrotnie grał z Flea, ale Anthony nie słyszał jak John gra. Usłyszał go dopiero na przesłuchaniu do zespołu Thelonious Monster i wtedy zrozumiał, że John jest tym, który powinien zostać gitarzystą Red Hot Chili Peppers.
John Frusciante swoją karierę muzyczną rozpoczął więc w bardzo młodym wieku, kiedy to zastąpił w RHCP Hillela Slovaka. Jako osiemnastolatek stał się członkiem zespołu, którego był wielkim fanem i powoli zaczęło spełniać się jego marzenie o zostaniu gwiazdą rocka.
22 października 1989 roku ukazała się pierwsza płyta z jego udziałem, „Mother’s Milk” i okazała się ogromnym sukcesem.
Ale prawdziwy sukces był dopiero przed RHCP. W 1991 roku zespół zatrudnił legendarnego producenta Ricka Rubina i rozpoczął pracę nad „Blood Sugar Sex Magic„, płytą, która okazała się być jeszcze większym sukcesem niż poprzedni krążek. „Blood Sugar Sex Magic„stał się hitem natychmiast po premierze, która miała miejsce 24 września 1991.
Album uplasował się na trzecim miejscu listy przebojów magazynu Billboard i sprzedał się w nakładzie siedmiu milionów kopii w Stanach Zjednoczonych i dwunastu milionów kopii na całym świecie. Przyszedł czas na światową trasę koncertową która, jak miało się później okazać, była przełomem nie tylko dla RHCP, ale przede wszystkim dla Johna. Sukces przyszedł szybciej, niż można było tego oczekiwać, ale John stawał się coraz bardziej nieszczęśliwy.
Podczas koncertów grał odwrócony tyłem do publiczności i nie wykazywał zainteresowania najmniejszym choćby kontaktem z pozostałymi członkami zespołu. Nie podobała mu się otoczka popularności, a także brak jedności w zespole i nieporozumienia z Anthonym, czuł się wyizolowany, doznania i wierzenia przenosiły go w inny wymiar, nie był w stanie nad tym zapanować. Nie wiedział do końca jakie podejmować decyzje, jak interpretować swoje uczucia, gdzie jest moje miejsce w życiu. Życie gwiazdy rocka, o którym marzył jako dzieciak, kiedy stało się faktem, nie spełniło jego oczekiwań, było nudnym rytuałem, powtarzanym każdego wieczora. Był tym tak wyczerpany, że poważnie zaczął myśleć o przerwaniu trasy ponieważ wykańczała go psychicznie. I tak się stało. Kryzys przyszedł podczas jednego z koncertów w Japonii, kiedy to 7 maja 1992 roku na pięć minut przed wejściem na scenę John oznajmił, że odchodzi z zespołu. Był przekonywany do pozostania w grupie, jednak odmówił
„Powiedzcie wszystkim, że zwariowałem” – rzucił na odchodne, spakował walizki , a następnego dnia był już w domu.
„Nie lubię wspominać tamtego okresu” – John Frusciante
„Narkotyki są jedynym sposobem, by być pewnym, że ma się kontakt z pięknem, zamiast pozwolić całej brzydocie świata, by złamała twoją duszę„- John Frusciante.
Wiele musiało się wydarzyć, by ten utalentowany artysta wyszedł na prostą. Powinien przecież umrzeć wiele razy w wyniku swojego uzależnienia od heroiny i kokainy. Tak się jednak nie stało.
Przez pięć lat narkotyki stanowiły nieodłączną część jego życia, najpierw heroina, potem kokaina, John dotknął dna. Poza tym, że ciągle ćpał, przytrafiały mu się wszystkie możliwe nieszczęścia: uległ poważnemu poparzeniu podczas koncertu, spalił mu się dom, a nawet stracił wszystkie zęby. Pozbawiony chęci do życia, a przede wszystkim możliwości tworzenia muzyki, ze złamanym sercem i kompletną pustką w duszy, John zagłębiał się coraz mocniej w złudnym świecie heroiny.
„Nie liczyło się dla mnie kompletnie nic, jedynym pewnikiem było to, że nigdy nie sięgnę po gitarę i nie będę robił muzyki. To był koniec.” – mówił później o tamtym okresie swojego życia.
Zostawiając zespół, Fru zamknął za sobą drzwi realnego świata, rozpoczynając poszukiwania kolejnych wymiarów percepcji. Przez większość tego czasu miał ochotę umrzeć. Nie mógł spać, jeść, ani grać na gitarze. Nie widział żadnego powodu, by oddychać. Żył w całkowitym oderwaniu od fizycznej rzeczywistości, od cielesności, od świata materialnego.
„Pod koniec osiągnąłem punkt, w którym nie czułem się już Johnem Frusciante. Czułem się jak chłopak, który patrzy na wiszący na ścianie plakat Johna Frusciante i wyobraża sobie, że nim jest. Leżałem całymi dniami na kanapie, nie wychodziłem z domu, gapiłem się w sufit…”
Szukając nowych środków wyrazu, a także chcąc spłacić dealerów, u których był zadłużony i przed którymi musiał się ukrywać zaczął malować.

Psychodeliczne obrazy, które powstały w tamtym okresie, są niczym innym jak tylko odzwierciedleniem pustki i zagubienia, w jakiej się wówczas znajdował.
Garstka przyjaciół, z którą utrzymywał kontakt namówiła go do nagrania solowej płyty. 8 marca 1994 roku została wydana „Niandra LaDes And Usually Just A T-Shirt” powstała ona w domu Johna, piosenki nagrane zostały na archaicznym sprzęcie. Album jest czymś w rodzaju podróży w mroczne zakamarki duszy człowieka o kompletnie złamanym sercu. Płyta sprzedała się w ilości 150 tysięcy egzemplarzy (różne źródła podają tu inną liczbę) i zapewniła mu źródło utrzymania, a przede wszystkim pieniądze na dalsze narkotyczne eksperymenty. W czasie gdy płyta była zgrywana dużo czasu John spędzał z Klarą, córką Flea.
„Kilka dni w jej pokoju upłynęło nam na malowaniu oraz rysowaniu. Tych kilka dni dało mi siłę na kolejnych parę lat życia. Ponieważ przez wiele lat byłem uzależniony od narkotyków nie mogłem się z nią widywać, spotykaliśmy się okazjonalnie. Ale wtedy, pomimo tego, iż byłem naćpany, Flea pozwolił mi zostać w swoim domu i spędzać czas z córką. To napełniło mnie radością, która starczyła na kolejnych kilka lat.”
Jednak John dalej pogrążał się w narkotycznym uzależnieniu. Stracił dom, tułał się po hotelach, zupełnie nie dbał o wygląd. Jego ówczesny wizerunek znacznie odbiegał od wizerunku energicznego osiemnastolatka z Red Hot Chili Peppers. Przeraźliwie chudy, z zepsutymi zębami, ranami na całym ciele i zastygłą pod paznokciami krwią, John przywodził na myśl człowieka, który przegrał swoje życie.
„Tak. Chciałem ukryć swoją twarz przed światem, dlatego zapuściłem brodę i włosy. Nie czułem się dobrze w swojej skórze, chciałem uciec jak najdalej od osoby, z którą nie czułem już żadnego kontaktu. Poza tym chciałem na wszystkie sposoby podkreślić, jak bardzo jestem nieważny, jak miałka jest ludzka, fizyczna natura.”
Na skraju upadku i brak środków na dalszą narkotyczną podróż zmusiły go do wydania kolejnej płyty. „Smile From The Streets You Hold”została wydana 26 sierpnia 1997 roku i składa się z utworów nagranych pomiędzy 1988 a 1997 r. Ta płyta to dziewięć lat emocji, radości i bólu. Słuchając jej, za każdym razem odkrywa się jakiś nowy element.
Trudno powiedzieć, co sprawiło, że John Frusciante postanowił zerwać z nałogiem. Jego miejsce w zespole zajmował wówczas Dave Navarro, ale współpraca między nim a zespołem nie układała się najlepiej. Stało się jasne, że nikt inny poza Johnem nie może grać na gitarze w RHCP. Flea postawił sobie za cel wyciągnięcie Johna z nałogu i przywrócenie go do zespołu. Ostatecznie plan się powiódł.
Przez pierwsze trzy miesiące John sam walczył z uzależnieniem i jak wspomina, poszedł na odwyk zarówno ze względów psychicznych, jak i z prozaicznego braku miejsca, w którym mógłby mieszkać.
„Jeśli w ciągu roku nic spektakularnego nie wydarzy się w moim życiu, wrócę do narkotyków i pewnie się zabiję…” - mówił. Powód dobry, jak każdy inny.
Po zakończeniu terapii odwykowej John na nowo wstąpił do Red Hot Chili Peppers i współtworzył kolejną płytę. Zespół ostro wziął się do pracy, na której rezultaty nie trzeba było długo czekać.
„Californication” – to kolejny genialny album w historii grupy – sprzedał się w nakładzie 15 milionów egzemplarzy i otrzymał nagrodę Grammy w 1999 roku.
„To cud! To było jakby ktoś w twojej rodzinie umarł, a potem nagle powrócił do życia” - tak wspomina tamten moment Anthony.
Sen o kalifornizacji i życie bez narkotyków
Po okresie absolutnego odgrodzenia się od świata, kompletnie spłukany John decyduje się wreszcie na leczenie.
Oczyszczanie umysłu i ciała następuje stopniowo. Z początku przestaje zażywać heroinę, następnie przychodzi kolej na odrzucenie kolejnych narkotyków.
W 1998 roku starego znajomego w klinice odwiedza Anthony Kiedis. John jest już zupełnie innym człowiekiem, niż w momencie, gdy opuszczał zespół. Dawni przyjaciele wybaczyli sobie sprzeczki sprzed paru lat.
Po wyjściu z kliniki John był częstym gościem w domu Flea, gdzie wspólnie muzykowali z Anthonym.
Kiedy był już całkowicie wolny od uzależnienia, pewnego dnia odwiedził go Flea i zapytał, czy nie chciałby wrócić do zespołu, John tylko rozpłakał się i powiedział, że o niczym innym nie marzy.
W 1998 roku gitarzysta, już jako czysty wraca do Red Hot Chili Peppers. Wszystko powoli zaczyna wracać do normy.
„Czuję się jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. Te wszystkie rzeczy nie psują mnie i jestem z tego dumny – nie wiecie jak dumny jestem z siebie. Wspaniałą rzeczą jest wychodzić do życia, do świata, przeciwstawiać się mu i jednocześnie doskonalić samego siebie – jest to dużo lepsze niż chowanie się za narkotykami, dużo lepsze od szerzenia gniewu i złości w stosunku do ludzi, którzy cię kochają. Są ludzie, którzy boją się tego, że tracą towar (narkotyki), jednak nie ma nic gorszego jak strata własnego siebie.”
W 1999 roku wraz z zespołem nagrywa wspaniałą „Californication”.
Inspiracje do pracy w tym czasie czerpał z twórczości Depeche Mode, których jak sam mówi, słuchał wówczas nieustannie. Przywrócone zostaje zespołowi jego dawne brzmienie, a sam John jawi się wówczas jako chyba najbardziej artystyczna dusza w zespole. Jego głębokie oddanie muzyce miało znaczący wpływ na styl nagrań do albumu, a on sam często mówił, że praca nad „Californication” była najlepiej zorganizowana w całej historii zespołu i najbardziej przypadła mu do gustu.
„W tamtym czasie odczuwałem tylko szczęście, że mogłem robić to, co robiłem. Doświadczenia okresu, gdy przebywałem poza grupą, nauczyły mnie, by doceniać każdą szansę na drugie życie. Zanim przestałem brać narkotyki, czułem, że zostało mi co najwyżej kilka miesięcy na tym padole. Wydawało mi się, że nie ma już dla mnie miejsca, że nic tu nie mam do zrobienia. Próbowałem zacząć nowe życie, rzucić nałóg, tylko po to, by zobaczyć, jak będzie wyglądał kolejny rok. A dwanaście miesięcy później nagrywałem Californication…”
Teraz John objawia się na nowo, jeszcze bardziej twórczy, kreatywny i skupiony niż kiedyś. Era „Californication” to nieprzerwane pasmo sukcesów zarówno dla gitarzysty, jak i dla zespołu. Udowodnił, że można myśleć o nim poza kontekstem RHCP, ale czy można myśleć o RHCP bez Frusciante?
„To najlepszy, najbardziej twórczy okres w moim życiu. Wreszcie znowu mogę nazywać siebie Johnem Frusciante” – mówił.
Odzyskuje spokój ducha i chęć do życia. Zaczyna praktykować medytację i stosować zdrową dietę, co jak twierdzi pomaga mu pracy.
Podczas ogólnoświatowej trasy koncertowej promującej album „Californication” kontynuuje pisanie własnych utworów, z których większość znalazła się na trzecim solowym albumie muzyka.
W 2001 roku ukazuje się kolejna solowa płyta muzyka, „To Record Only Water For Ten Days„.
Już pierwsze dźwięki albumu dowodzą o zmianie, jaka zaszła w jego życiu i twórczości, jest to płyta piękna, poruszająca, wręcz ezoteryczna, ukazuje osiągnięcie nowego progu artystycznej dojrzałości. John eksperymentuje z dźwiękiem, szuka nowych brzmień i nowych środków wyrazu. To specjalna płyta ze względu na zawartą w niej tajemnicę, którą dzieli się z nami, to potężny ładunek unoszącej się gdzieś nad muzyką nieuchwytnej magii, która nie pozwala oderwać się od słuchania. Aż trudno uwierzyć, że tak wspaniały materiał stworzył John w całości sam, wspomagając się jedynie automatem perkusyjnym, który nauczył się obsługiwać.
Do jednego z utworów, „Going Inside„, powstał czarno-biały klip wyreżyserowany przez Vincenta Gallo.
Teledysk ten jest idealnym odzwierciedleniem emocji wyrażonych tekstem, muzyką i aranżacją. Współpraca z Vincentem Gallo nie zakończyła się na tym jednym projekcie, John wielokrotnie wspierał Gallo zarówno przy jego projektach muzycznych, jak i filmowych. Jest między innymi jest autorem ścieżki dźwiękowej do filmu Gallo „Brown Bunny„.
Odzyskawszy spokój, Fru rozpoczyna nowy etap w swoim życiu. Jak sam opowiada, od zawsze związany był z czwartym wymiarem, a duchy, czy inne byty były dla niego zawsze źródłem inspiracji. Twierdzi, że od zawsze słyszał głosy i widział to, co dla przeciętnego człowieka wydaje się bzdurą. Kontakt z tymi istotami stanowił dla niego podstawę i swoisty motor twórczości. Być może właśnie dlatego muzyka, którą tworzy, jest absolutnie ekspresyjna i przepojona energią. Charakterystyczny klimat jego kompozycji gwarantują niezapomniane doznania.
W tym samym roku 2001 ukazuje się również internetowy album „From The Sounds Inside”. Album ten powstawał równocześnie z pracą nad płytą „To Record Only Water For Ten Days” i nie został publikowany, a wydany jako darmowy album internetowy. Tutaj John również eksperymentował z efektami komputerowymi i modyfikacją brzmienia gitary i głosu.
Kiedy John wrócił do zespołu publiczność cudownie przyjęła ten fakt, odczuł energię i miłość fanów, co dodało mu sił do pracy, nie zależało mu już na przypominaniu dawnych technik gry i co za tym szło uprawianiu gorszej wersji swego dawnego stylu. Zabrał się za intensywne trenowanie i zdobywanie nowych umiejętności gry.
John Frusciante przeszedł długą i krętą drogę, zanim znalazł się w obecnym położeniu, ciężko pojąć, jak udało mu się przeżyć siedem mrocznych lat z heroiną. Dużo czasu zajęło mu udowodnienie swojej wartości i rozprawienie się z demonami przeszłości. Jest przykładem na to, że rock’n’roll to niebezpieczna gra, która może wynieść na szczyty, ale która może również zabić. Jemu ostatecznie udało się odnaleźć w rockowym świecie i zdobyć miano jednego z najlepszych gitarzystów.
„ … ja nie oczekiwałem, że czeka mnie jakaś przyszłość. Brałem wszystko takim, jak dostałem. A dostałem wszystko, co mogłem sobie wymarzyć: możliwość gry na gitarze, tworzenia i nagrywania muzyki. Wszystko to się spełniło i nie widziałem sensu, by wybiegać do przodu.”
„Najważniejsze jest tworzenie…”
Po sukcesach „Californication” w 2002 r pojawił się kolejny świetny album zespołu Red Hot Chili Peppers – „By The Way”.
Duży wpływ na kształt płyty miał nie kto inny jak John Frusciante. Wyznał, że okres nagrań był najszczęśliwszym okresem w jego życiu, że album dał mu szansę na „pisanie coraz lepszych piosenek”.
Po wydaniu płyty następuje trasa koncertowa promująca płytę.
Pomimo trwania trasy z zespołem aktywność twórcza Johna nie zmalała, wręcz przeciwnie. W trakcie i po zakończeniu trasy skomponował i nagrał on ogromną ilość materiału, aby 24 lutego 2004 r wydać kolejną solową płytę „Shadows Collide With People”.
W nagraniu albumu wzięli udział jego przyjaciele Josh Klinghoffer, Omar Rodriguez – Lopez oraz Chad Smith i Flea.
W tym czasie Frusciante zapowiedział wydanie sześciu płyt w sześć miesięcy i tak też zrobił. Ponieważ żadna z dużych wytwórni płytowych nie była zainteresowana wydaniem takiej ilości płyt jednego artysty w ciągu zaledwie pół roku, muzyk nawiązał współpracę z Record Collection. Nakładem tego wydawnictwa 22 czerwca 2004 r ukazała się kolejna płyta „The Will to Death”.
Większość utworów została zarejestrowana już za pierwszym, a najwyżej za drugim podejściem, co dało bardzo interesujący efekt.
Pomimo, że teksty traktują głównie o śmierci i przemijaniu daje się tu zauważyć twórcze postrzeganie i niebywałą wręcz wrażliwość Johna. Nikt inny nie potrafi w tak naturalny i szczery sposób śpiewać o tak trudnych sprawach.
W dalszym ciągu John angażuje się w coraz to nowe projekty. W lutym 2004 r zakłada wraz z Joshem Klinghofferem i Joe Lallym z zespołu Fugazi „Ataxię”. Spotkanie tych trzech muzyków zaowocowało wydaniem kolejnej płyty cyklu „Automatic Writting” (10 sierpnia 2004 r).
Po dwóch dniach pracy w studio nagraniowym muzycy zagrali koncerty w klubie Knitting Factory w Hollywood. Nieco później w 2007 roku została wydana jeszcze druga płyta projektu „Ataxia” – „AW II”( 29 maja 2007).
W ramach cyklu sześć płyt w sześć miesięcy ukazały się jeszcze kolejno:
- 14 września 2004 r – „DC EP”
- 26 października 2004 r – „Inside of Emptiness”
- 23 listopada 2004 r – „A Sphere in the Heart of Silence” we współpracy z Joshem Klinghofferem
Każda z tych sześciu płyt jest inna, ale zawierają one jeden wspólny mianownik John Frusciante.
- 1 lutego 2005 zostaje wydany album „Curtains”, do którego został nagrany teledysk „The Past Recedes”.
Większość piosenek na „Curtains” jest stonowana, a towarzyszy im gitara klasyczna, czasami pojawia się elektryczna, czy fortepian. No i ten wokal – prawdziwy, autentyczny.
Na początku 2005 r wraz z Red Hot Chili Peppers rozpoczął pracę nad albumem „Stadium Arcadium” (2006 r).
Na albumie dominuje gitara Frusciante, wysuwającymi się na pierwszy plan efektownymi solówkami, czym uwydatnił swój muzyczny talent. Mocno akcentuje się tu fakt wpływu gry Jimiego Hendrixa na jego grę solową, dodatkowo użyte zostały skomplikowane efekty i riffy gitarowe.
Przez cały czas Frusciante kontynuował współpracę z Rickiem Rubinem w celu jak najlepszego wykorzystania gitar, innych instrumentów czy zmiany harmonii.
Współpracował także między innymi z zespołem The Mars Volta, gdzie wystąpił gościnnie na albumach: „De – Loused In the Comatorium” (2003 r.), “Frances the Mute” (2005 r.), “Amputechture” (2006 r.) gdzie zagrał siedem z ośmiu utworów oraz „The Bedlam In Goliath” (2008 r.), oraz z Wu-Tang Clan „The 8 Diagrams” (2007 r), czy RZA „Digi Snacks” (2008 r).
Bardzo często John Frusciante współpracuje z młodymi artystami pomagając im uzyskać odpowiednie brzmienie. Współpracował między innymi przy produkcji albumu „You Come and Go Like a Pop Song” The Bicycle Thief (1999 r). Współpracował również z Perrym Farrellem przy jego solowej płycie “Rev” (1999 r). jego charakterystyczną gitarę można usłyszeć także na płytach „Blowback” – Tricky’ego (2001 r) i „The ID” – Macy Gray (2001 r). Bardzo często angażuje się w projekty wielu artystów, występując gościnnie na ich płytach, nie sposób wymienić wszystkie jego udziały.
Kiedy w 2008 roku grupa Red Hot Chili Peppers ogłosiła przerwę w działalności zespołu, aby odpocząć po latach ciężkiej pracy. John nie zamierzał wcale odpoczywać, właśnie przygotowywał do wydania kolejny swój solowy album. 20 stycznia 2009 r zostaje wydane „The Empyrean”.
Na płycie tej gościnnie wystąpili Flea, Josh Klinghoffer, The New Dimension Singers, Sonus Quartet oraz Johny Marr. “The Empyrean” stanowi pewnego rodzaju podsumowanie dotychczasowej twórczości Johna i jest dla niego bardzo osobista.
„Jestem szczęśliwy i zadowolony z tego, że nagraliśmy ten album. Wiele razy słuchałem go, by wyłapać psychodeliczne uczucia i przeżycia, jakie daje.” – J. Frusciante
Rozpoczynające płytę, instrumentalne „Before The Beginning” potwierdza, że jest on muzykiem wybitnym, kolejne piosenki pokazują, że również bezustannie rozwija się w sferze wokalnej. Momentami słucha się tej opowieści o dwóch charakterach siedzących w człowieku lekko, innym razem odczuwamy jakiś niepokój.
„W warstwie tekstowej album oscyluje pomiędzy kompletnym szaleństwem a momentami otrzeźwienia” – J. Frusciante
Muzycznie utwory ilustrują nam te nastroje, znajdziemy tu atmosferę przygnębienia, która zmienia się w bardziej optymistyczną, chwilami podniosłą. Cała płyta jest piękna i widać, że John dał tu z siebie wszystko. Niewielu gitarzystom udało się tak genialne dzieło.
Obserwując Johna Frusciante można odnieść wrażenie, że jest to muzyk, który każdą chwilę może poświęcić na tworzenie muzyki i poszukiwanie nowych środków wyrazu i kolejnych wyzwań. Jest muzykiem, który nagrał dotychczas nieprawdopodobne ilości materiału, bo jak sam mówi jedynie poprzez komponowanie, grę i śpiewanie może wyrazić samego siebie.
„W ludzkiej naturze leży sięganie wysoko po rzeczy, które znajdują się poza naszym zasięgiem. Jeśli uda nam się je osiągnąć, wzrastamy, zmieniamy się i otwieramy” – J. Frusciante.
DZIAŁALNOŚĆ SOLOWA JOHNA FRUSCIANTE
Autor: Paweł
Źródła:
Wikipedia
Artykuły prasowe – „Gitarzysta”, „Teraz Rock”
Wywiady z Johnem Frusciante













