Użytkownicy, którzy w tym momencie zawitali na naszą stronę z pewnością zauważyli w menu link do nowego działu- „Artykuły„. Założyliśmy go głównie z myślą o masie zakopanych autorskich tekstów naszych forumowiczów. W związku z tym postanowiliśmy, że każdy artykuł lub ich seria zasługuje na opublikowanie i podzielenie się z naszymi czytelnikami. Od dnia dzisiejszego mniej więcej raz na tydzień pojawiać się będzie na łamach serwisu jeden artykuł.
„Nie lubię wspominać tamtego okresu” – John Frusciante
„Narkotyki są jedynym sposobem, by być pewnym, że ma się kontakt z pięknem, zamiast pozwolić całej brzydocie świata, by złamała twoją duszę„- John Frusciante.
Wiele musiało się wydarzyć, by ten utalentowany artysta wyszedł na prostą. Powinien przecież umrzeć wiele razy w wyniku swojego uzależnienia od heroiny i kokainy. Tak się jednak nie stało.
Przez pięć lat narkotyki stanowiły nieodłączną część jego życia, najpierw heroina, potem kokaina, John dotknął dna. Poza tym, że ciągle ćpał, przytrafiały mu się wszystkie możliwe nieszczęścia: uległ poważnemu poparzeniu podczas koncertu, spalił mu się dom, a nawet stracił wszystkie zęby. Pozbawiony chęci do życia, a przede wszystkim możliwości tworzenia muzyki, ze złamanym sercem i kompletną pustką w duszy, John zagłębiał się coraz mocniej w złudnym świecie heroiny.
„Nie liczyło się dla mnie kompletnie nic, jedynym pewnikiem było to, że nigdy nie sięgnę po gitarę i nie będę robił muzyki. To był koniec.” – mówił później o tamtym okresie swojego życia.
Zostawiając zespół, Fru zamknął za sobą drzwi realnego świata, rozpoczynając poszukiwania kolejnych wymiarów percepcji. Przez większość tego czasu miał ochotę umrzeć. Nie mógł spać, jeść, ani grać na gitarze. Nie widział żadnego powodu, by oddychać. Żył w całkowitym oderwaniu od fizycznej rzeczywistości, od cielesności, od świata materialnego.
„Pod koniec osiągnąłem punkt, w którym nie czułem się już Johnem Frusciante. Czułem się jak chłopak, który patrzy na wiszący na ścianie plakat Johna Frusciante i wyobraża sobie, że nim jest. Leżałem całymi dniami na kanapie, nie wychodziłem z domu, gapiłem się w sufit…”
Szukając nowych środków wyrazu, a także chcąc spłacić dealerów, u których był zadłużony i przed którymi musiał się ukrywać zaczął malować.

Psychodeliczne obrazy, które powstały w tamtym okresie, są niczym innym jak tylko odzwierciedleniem pustki i zagubienia, w jakiej się wówczas znajdował.
Garstka przyjaciół, z którą utrzymywał kontakt namówiła go do nagrania solowej płyty. 8 marca 1994 roku została wydana „Niandra LaDes And Usually Just A T-Shirt” powstała ona w domu Johna, piosenki nagrane zostały na archaicznym sprzęcie. Album jest czymś w rodzaju podróży w mroczne zakamarki duszy człowieka o kompletnie złamanym sercu. Płyta sprzedała się w ilości 150 tysięcy egzemplarzy (różne źródła podają tu inną liczbę) i zapewniła mu źródło utrzymania, a przede wszystkim pieniądze na dalsze narkotyczne eksperymenty. W czasie gdy płyta była zgrywana dużo czasu John spędzał z Klarą, córką Flea.
„Kilka dni w jej pokoju upłynęło nam na malowaniu oraz rysowaniu. Tych kilka dni dało mi siłę na kolejnych parę lat życia. Ponieważ przez wiele lat byłem uzależniony od narkotyków nie mogłem się z nią widywać, spotykaliśmy się okazjonalnie. Ale wtedy, pomimo tego, iż byłem naćpany, Flea pozwolił mi zostać w swoim domu i spędzać czas z córką. To napełniło mnie radością, która starczyła na kolejnych kilka lat.”
Jednak John dalej pogrążał się w narkotycznym uzależnieniu. Stracił dom, tułał się po hotelach, zupełnie nie dbał o wygląd. Jego ówczesny wizerunek znacznie odbiegał od wizerunku energicznego osiemnastolatka z Red Hot Chili Peppers. Przeraźliwie chudy, z zepsutymi zębami, ranami na całym ciele i zastygłą pod paznokciami krwią, John przywodził na myśl człowieka, który przegrał swoje życie.
„Tak. Chciałem ukryć swoją twarz przed światem, dlatego zapuściłem brodę i włosy. Nie czułem się dobrze w swojej skórze, chciałem uciec jak najdalej od osoby, z którą nie czułem już żadnego kontaktu. Poza tym chciałem na wszystkie sposoby podkreślić, jak bardzo jestem nieważny, jak miałka jest ludzka, fizyczna natura.”
Na skraju upadku i brak środków na dalszą narkotyczną podróż zmusiły go do wydania kolejnej płyty. „Smile From The Streets You Hold”została wydana 26 sierpnia 1997 roku i składa się z utworów nagranych pomiędzy 1988 a 1997 r. Ta płyta to dziewięć lat emocji, radości i bólu. Słuchając jej, za każdym razem odkrywa się jakiś nowy element.
Trudno powiedzieć, co sprawiło, że John Frusciante postanowił zerwać z nałogiem. Jego miejsce w zespole zajmował wówczas Dave Navarro, ale współpraca między nim a zespołem nie układała się najlepiej. Stało się jasne, że nikt inny poza Johnem nie może grać na gitarze w RHCP. Flea postawił sobie za cel wyciągnięcie Johna z nałogu i przywrócenie go do zespołu. Ostatecznie plan się powiódł.
Przez pierwsze trzy miesiące John sam walczył z uzależnieniem i jak wspomina, poszedł na odwyk zarówno ze względów psychicznych, jak i z prozaicznego braku miejsca, w którym mógłby mieszkać.
„Jeśli w ciągu roku nic spektakularnego nie wydarzy się w moim życiu, wrócę do narkotyków i pewnie się zabiję…” - mówił. Powód dobry, jak każdy inny.
Po zakończeniu terapii odwykowej John na nowo wstąpił do Red Hot Chili Peppers i współtworzył kolejną płytę. Zespół ostro wziął się do pracy, na której rezultaty nie trzeba było długo czekać.
„Californication” – to kolejny genialny album w historii grupy – sprzedał się w nakładzie 15 milionów egzemplarzy i otrzymał nagrodę Grammy w 1999 roku.
„To cud! To było jakby ktoś w twojej rodzinie umarł, a potem nagle powrócił do życia” - tak wspomina tamten moment Anthony.
Jeśli spodobał wam się ten artykuł, zapraszamy do przeczytania w całości biografii Johna w naszej czytelni
Autor: Paweł